Zza biurka wyłoniła się bibliotekarka. Jej twarz krzyczała: „Lubię czytać!”.
– Co lubi pani czytać? – zapytałam.
– KSIĄŻKI! – odparła z wymuszonym uśmiechem.
No więc nie pytałam już dalej…
Tej nocy bibliotekarka przyśniła mi się w ogromnych okularach i przydługim płaszczu. Siedziała na równo poukładanych wieżyczkach z książek. Sięgała po nie i zjadała. Najpierw coś Słowackiego, później jakiś podręcznik dla inżynierów. W kolejnej minucie zasmakowała w beletrystyce obcojęzycznej, chyba anglosaskiej.
Obudziłam się głodna. Zrzuciłam z siebie puszystą kołdrę i pobiegłam do kuchni. Ponieważ lodówka była pełna, nadgryzłam to i owo – zaczęłam od pizzy, która wczoraj pachniała oregano, potem skubnęłam miękką frytkę z Maka, pociągnęłam łyk pozbawionej gazu Coli i całość przegryzłam zbyt mocno uwędzonym udkiem z dworca.
Wreszcie opadłam na twardą ławę, odchyliłam się w stronę oparcia i zaczęłam oglądać nierówności na suficie. Niestety wciąż trawił mnie ślepy głód… Nie jest zdrowo żywić się w sieciówkach. Dobre czytelnictwo to kwestia smaku.